W 2014 wsiadłem na pociąg do Giżycka z plecakiem, w którym miałem jedno T-shirt, dwie pary spodenek, kalosze i książkę „Sto lat samotności”, której nigdy nie skończyłem. Patent żeglarza miałem od trzech miesięcy. Miałem dwadzieścia trzy lata i absolutnie żadnego planu na życie.
Marcin, z którym zdawaliśmy patent żeglarski, zorganizował rejs. Antila 26, sześciu chłopaków z mojego rocznika, jedna butelka rumu na osobę, lista zakupów napisana na serwetce w pociągu. Większości z nich nie znałem. Marcin powiedział: będzie super, zaufaj mi. Powiedziałem: dobrze.
Tak się zaczęło.
Pierwsza noc spędziliśmy w porcie w Wilkasach, bo wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że można cumować inaczej. Drugą — na Niegocinie, kotwicząc obok jakiejś zatoki. Marcin powiedział: znam to miejsce. Zgodziliśmy się, bo Marcin zawsze znał miejsce. Później się okazało, że nigdy tam nie był. Po prostu Niegocin wyglądał obiecująco.
Rano obudziłem się o piątej, bo coś mnie obudziło. Wyszedłem na pokład i zobaczyłem, że obok naszego jachtu cumuje inny — Sasanka 660, mała, biała, z ledwo widoczną nazwą „Wisła” na rufie. Z kabiny wyszła dziewczyna w mokrym jachtklubowym dresie. Powiedziała „dzień dobry” tonem osoby, która nie spała.
Powiedziałem „dzień dobry” tonem osoby, która udaje, że spała dobrze.
Potem nie wiem, jak to się stało, ale rozmawialiśmy do siódmej rano o książkach, o studiach (ona — psychologia w Warszawie, ja — filozofia w Krakowie), o tym dlaczego ona płynęła sama na Mazury (rozstała się z chłopakiem dwa tygodnie wcześniej i potrzebowała „pomyśleć”). O tym, że nie umiała refować i przeczekała wczorajszą szkwałkę pod żaglem fokowym, modląc się żeby wiatr odpuścił. O tym, że wciąż się boi, ale nie chce wracać do domu.
Powiedziała: „Wsiadasz ze mną?”
Powiedziałem: „Marcin mnie zabije.”
Powiedziała: „Tylko na dzień. Pokażesz mi, jak refować.”
Wsiadłem ze sobą zapasowy T-shirt, książkę Marquesa i butelkę rumu, którą wziąłem swojemu rocznikowi z lodówki Antili. Marcinowi zostawiłem kartkę: „Wracam w piątek. Tłumaczę po powrocie.”
Nigdy nie wytłumaczyłem.
Magda — bo tak miała na imię — była gorsza ode mnie w żeglowaniu, ale lepsza w decyzjach. Pierwszego dnia popłynęliśmy z Niegocina przez kanał Niegociński na Kisajno. Kotwiczyliśmy w zatoce, której nazwa pewnie ma jakąś nazwę, ale my jej nigdy nie sprawdziliśmy. Kąpaliśmy się trzy razy. Zjadliśmy na obiad makaron z tuńczykiem, bo to było wszystko, co miała na pokładzie. Wieczorem zrobiło się tak ciemno, że widzieliśmy Drogę Mleczną w sposób, którego nie zobaczysz nigdzie, gdzie jest człowiek.
Powiedziała, leżąc na pokładzie: „Mój dziadek mówił, że Mazury to jedyne miejsce w Polsce, gdzie noc jest naprawdę nocą.”
Powiedziałem: „Twój dziadek miał rację.”
Powiedziała: „Też płynął tu jachtem. W 1971 roku. Z dziewczyną, która została moją babcią.”
Tej nocy nie spaliśmy. Rozmawialiśmy o wszystkim, czego nie powiedzieliśmy nigdy nikomu innemu — bo z nieznajomymi na jachcie pod Drogą Mleczną mówi się rzeczy, których w dzień nie powie się nikomu. Pamiętam, że ona płakała przy historii o swoim ojcu, który zmarł rok wcześniej. Pamiętam, że ja powiedziałem coś o tym, że nie wiem, kim chcę być w życiu, i że to mnie paraliżuje. Powiedziała: „Może po prostu jeszcze tego nie wiesz. Może jeszcze nie spotkałeś osoby, która ci to powie.”
Powiedziałem: „Może.”
Wschodziło słońce, kiedy zasnęliśmy razem na pokładzie. Owiniętych w jeden śpiwór, bo drugi miała w kabinie i nie chciało się jej iść po niego.
Trzeci dzień zrobił się czwarty. Czwarty zrobił się piąty. W piątek, dzień, w którym miałem wrócić do Marcina i ekipy, popłynęliśmy do Sztynortu. Magda powiedziała: „Tu mój dziadek robił sobie zdjęcie z babcią w 1971. Jest w albumie u nas w domu.”
Zatrzymaliśmy się przy starym pomoście, który prawdopodobnie był tym samym. Magda powiedziała: „Zrób mi zdjęcie.”
Zrobiłem. Telefonem Nokia, który miałem wtedy. Zdjęcie wciąż mam, mocno rozmazane, słońce zbyt jasne, jej twarz jest niewyraźna. Ale ją pamiętam dokładnie. Stoi przy palu, ma na sobie tę samą bluzę, w której obudziła się rano, podwija rękaw lewej ręki, patrzy na mnie, ale jakby przez moment patrzyła obok mnie — gdzieś w 1971, gdzie jej dziadek robił to samo zdjęcie babci.
Powiedziała: „Wracaj do swojej ekipy.”
Powiedziałem: „Nie wracam.”
Powiedziała: „Wracaj. Jeśli mamy się kiedyś jeszcze spotkać — najlepiej będzie, jak nie zostaniesz przez sentyment.”
To było pierwsze zdanie z całego rejsu, które brzmiało jak zdanie psycholożki. Wsiadłem do dinghy, którą Magda mi dała, dopłynąłem do Pożoga, gdzie czekał Marcin. Marcin powiedział: „Stary, gdzie ty byłeś?”
Powiedziałem: „Nie wiem, jak to powiedzieć.”
Powiedział: „Ile jej masz lat?”
Powiedziałem: „Dwadzieścia dwa.”
Powiedział: „Cholera.”
Wróciłem do Krakowa w niedzielę. Magda wróciła do Warszawy. Mieliśmy do siebie 290 kilometrów i numer telefonu nawzajem. Pisaliśmy SMS-y — w 2014 jeszcze pisało się SMS-y — przez trzy tygodnie. Potem pojechałem do Warszawy. Potem ona przyjechała do Krakowa.
W lutym 2015 wprowadziła się do mnie. W lipcu 2017 wzięliśmy ślub w urzędzie stanu cywilnego w Mikołajkach (tak, w urzędzie, nie w kościele, bo Magda jest niewierząca, a ja przestałem się przejmować takimi rzeczami gdzieś między drugim a trzecim dniem na Niegocinie). W marcu 2019 urodziła się Jagoda. W październiku 2022 urodził się Janek.
Mamy mały dom pod Krakowem. Magda jest psychologiem klinicznym. Ja prowadzę księgarnię, która nie zarabia, ale i nie traci. Każdego lata wracamy na Mazury — zwykle dwa tygodnie, czasem trzy, jak się uda. Wynajmujemy jacht. Najmłodsze dziecko ma teraz trzy lata, najstarsze siedem. Tata uczy ich refować na pokładzie, mama gotuje makaron z tuńczykiem i mówi, że to „tradycja rodzinna”. Tylko ona i ja wiemy dlaczego.
Pływamy zwykle z Mariny Górkło. Wiem, że tam są jachty Twist Czarter — Antila 28.2 dla całej rodziny. Ale dla mnie to wciąż „to miejsce, gdzie zacumowała Magda dziesięć lat temu”. Czterdzieści kilometrów od Wilkas, gdzie ja wtedy wsiadłem na Antilę z Marcinem. Wszystkie odległości na Mazurach są nieduże, ale ten konkretny kawałek wody jest dla mnie najważniejszy.
Co zostało po tym rejsie
Najpierw zostało zdjęcie. To rozmazane, z palem w Sztynorcie. Wisi u nas w kuchni w prostej ramce z IKEA. Dzieci nie wiedzą, kim jest dziewczyna na zdjęciu, bo to było tak dawno, że nawet Magda na nim nie wygląda jak Magda. Jest bardziej młoda, bardziej niepewna, bardziej tamta-osoba-przed-spotkaniem.
Potem zostało coś trudniejszego do nazwania. Powiem to tak: dwadzieścia trzy lata to wiek, w którym nie wierzysz w „spotkania, które zmieniają życie”. Wierzysz, że ludzie sami decydują, kim chcą być, i romantyczne historie to ściema sprzedająca filmy. Po Mazurach przestałem w to wierzyć. Może Mazury tak działają. Może rejs jachtem tak działa. Może spotkanie pod Drogą Mleczną tak działa. Nie wiem.
Ale wiem, że gdybym nie wsiadł wtedy na Sasankę z Magdą — gdybym powiedział „nie, wracam do Marcina, mamy plan, ekipa czeka, nie mogę” — byłbym dziś kimś innym. Niemam tej pewności w żadnej innej sytuacji w moim życiu. Tylko z tym jednym wyborem.
Trzecia rzecz, którą zostało, to nawyk wracania. Każdego lata. Nawet w tym roku, kiedy dzieciaki narzekają, że na Mazurach nie ma WiFi w jednej zatoce, a Magda mówi: „to dobrze, niech narzekają, to są wakacje”. Nawet kiedy budżet rodzinny nie chce, kiedy lepszy byłby tańszy weekend nad polskim morzem. Wracamy, bo to nie są dla nas wakacje — to jest dla nas miejsce, gdzie nasze życie się zaczęło. I myślę, że dzieci za dwadzieścia lat też będą wracały, choć teraz tego jeszcze nie wiedzą.
Po co ten tekst
Piszę go, bo dwa tygodnie temu wynajmowaliśmy jacht na czerwiec i Magda powiedziała: „wiesz, że są teraz takie portale, gdzie sprawdzasz wszystkie jachty naraz?”. Nie wiedziałem. Sprawdziliśmy razem tenjacht.pl — wybraliśmy Antilę 27, bo czwórka osób, dziesięć dni, czerwiec. Magda powiedziała: „Dziesięć lat temu nie było czegoś takiego.”
Powiedziałem: „Dziesięć lat temu nie było telefonu z internetem na pokładzie.”
Powiedziała: „Niektóre rzeczy są lepsze. Niektóre nie.”
Patrzę teraz na Jagodę, która ma siedem lat i już samodzielnie zwija foka. Patrzę na Janka, który ma trzy lata i wkłada palce w przewody bezporadnie, ale rozumie, że na jachcie się „nie biegnie”. Patrzę na Magdę, która spogląda na mnie raz na kilkanaście minut i się uśmiecha tak, jakbyśmy wciąż byli na Niegocinie w 2014.
I myślę: rejs jachtem to nie wakacje. To wycinek innego życia, w którym czas idzie wolniej, decyzje są mniejsze, ale ważą więcej. W którym spotykasz ludzi, których byś nigdy nie spotkał na lądzie. W którym budzisz się o piątej, bo coś cię obudziło — i wychodzisz na pokład, i obok cumuje obca dziewczyna w mokrej bluzie, której nie znasz jeszcze.
Jeśli masz dwadzieścia trzy lata i czytasz ten tekst — wsiądź na jacht. Nieważne z kim, nieważne dokąd, nieważne, czy umiesz żeglować. Niektóre rzeczy zaczynają się tylko tam.
Jeśli masz czterdzieści trzy lata i czytasz ten tekst — wróć na Mazury. Z dziećmi, bez dzieci, z osobą, którą tam poznałeś, z osobą, którą tam dopiero spotkasz. Niektóre rzeczy domykają się tylko tam.
Jeśli planujesz urlop, ogłoszenia jachtów i agroturystyk znajdziesz na mazury.com.pl, a jeśli chcesz porównać konkretne modele — wszyscy armatorzy są w jednym miejscu na tenjacht.pl. Niegocin jest dokładnie na środku Wielkich Jezior. Łatwo trafić.

